Gdańscy artyści w Monachium

Data: 9/05

Wydział: Malarstwo

Gdańscy artyści w Monachium

9 maja br. w Monachium odbędzie się wystawa prac artystów związanych z naszą Uczelnią oraz Gdańskiem. Podczas ekspozycji zobaczyć będzie można twórczość m.in.: Romana Gajewskiego, Zbigniewa Gorlaka, Przemka Garczyńskiego, Tomasza Kucharskiego, Przemysława Łopacińskiego, Marka Modela, Janiny Rudnickiej, Michała Wirtela oraz Jacka Zdybla.

 

Tekst prof. Romana Gajewskiego, listopad 2018

WARTOŚCI DODANE

Jesteśmy z Polski. W większości z Gdańska. Od kilku lat gdański trzon grupy planowo i z entuzjazmem przemierza swój kraj wzdłuż i wszerz, aranżując w różnych miejscowościach pokazy naszej twórczości. Prawie wszyscy jesteśmy absolwentami i wykładowcami Wydziału Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku i tutaj – to ważna informacja – mieszkamy i tworzymy. Dla urozmaicenia pokazów w Niemczech zdecydowaliśmy się jednak zaprosić trzech artystów z innych części Polski, artystów, których prace wydają się nam ważne i interesujące. Sądzimy, że dla odbiorcy niemieckiego ewentualne różnice regionalne, słabo czytelne w samej Polsce, nie stanowią różnicy, ponieważ odbierani jesteśmy po prostu jako artyści z Polski. Problemy tożsamościowe i pytania, jakie sobie w związku z tym stawiamy, nie giną z pola widzenia, co więcej, poza granicami kraju pochodzenia stać się mogą wyrazistsze.

Gdańska grupa, o której tu mowa, ma za sobą siedem pokazów w siedmiu różnych polskich miejscowościach, pokazów, których tytuły to odległości dzielące Gdańsk od odpowiedniego miejsca pokazu, np.„166 km”, „698 km”, „515 km”. To odległości geograficzne, namacalne, niemetaforyczne. Jeśli jednak je zmetaforyzować, mogą stać się pretekstem do postawienia pytań o to, do jakich rzeczywistości przylega dziś sztuka i co z tego wynika. Czym jest tożsamość miejsca i czasu? W jakim stopniu środowisko, w którym się dorasta orientuje artystycznie? Ile kilometrów trzeba dziś przebyć, by odnaleźć się w różnicach? Czy tkwimy w jednej, czy w wielu odmiennych przestrzeniach kultury? Czy jest możliwe byśmy dzisiaj, kiedy odległości nie stawiają poznaniu żadnych granic, doznawali sprzeczności; czy we wspólnocie łatwego dostępu zaznacza się jeszcze jakaś regionalna przynależność i wynikająca z tego specyfika?

Gdańsk jest miastem o złożonej narodowościowo przeszłości. Pozostało wiele jej śladów: materialnych – w panoramie miasta i okolic oraz mentalnych – w głowach mieszkańców. Domniemany wpływ? Choćby głośny wolnościowy zryw pod hasłami solidarności w pamiętnym 1980 roku.

Oczywiście nie uzurpujemy sobie prawa do bycia modelowym przedstawicielem własnej strefy kulturowej i najlepszą z możliwych ilustracją prezentowanych tez.

Stawiane tu problemy i dylematy mają w istocie zakrój globalny, bo kwestie tożsamościowe są dziś żywe w wielu międzynarodowych relacjach.

Czego chcemy? Chcemy rozumieć więcej, określając warunki, w jakich znaleźliśmy się ze swoją twórczością. Rzeźbiąc w mocno skłębionej materii, doklejamy spostrzeżenia do własnej obecności w sztuce. Nie uciekamy od dialogiczności; mamy świadomość, że sztuki nie da się sprowadzić do jakiejś jednej wiedzy, jednego dyskursu czy jednoznacznych konstatacji. Prezentacje na terenie Niemiec z pewnością poszerzają naszą perspektywę o nowy kontekst i dają możliwość ciekawych konfrontacji.

 

   Polska – Niemcy

Pytania nasuwają się same: w czym podobne, a w czym różne są nasze horyzonty doświadczeń indywidualnych i wspólnotowych, no i jaki to ma wpływ na twórczość oraz percepcję sztuki? Czy z racji sąsiedztwa mamy w głowach podobne światy, wspólną wyobraźnię? Czy robimy rzeczy ponadgraniczne, czy też tkwimy w swoich lokalnościach? Ile znaczą uwarunkowania genetyczne, ile zaś zakorzenione tradycje? Niemieckość, polskość... Czy jest w nas potrzeba do wyrażania rodzimości? Czy zamieszkujemy dwie różne galaktyki z tendencją do zbliżania się, czy pielęgnujemy odmienne porządki o niedużej wzajemnej przenikalności? Jak dalece akcentują się poszczególności  –  czy strony zbudowały równoległy kapitał symboliczny?

Czego się spodziewać? Czy da się zauważyć, że do miejscowej rzeczywistości trafił desant z innej?

 

Duch miejsca

Nie ma jednej recepty na rozpoznawanie świata, ba, nie ma nawet jednego świata. Rozrzucamy po naszych dziełach okruchy własnego życia i wszyscy naznaczeni jesteśmy do takiej czy innej kreacji w sztuce. A jest sztuka dziedziną metafizyczną, w której wszystkie elementy składają się na nasz obraz w danym miejscu i obraz miejsca w nas. Coś się do nas wkrada, w myślach odciska, wdrukowuje w pamięć jak w twardy dysk. Miejsce, własne miejsce to pasmo zapisanych w głowie sytuacji ujętych w alogiczny zbiór opowieści, które pozwalają się biografizować. Ich wpływ na kształt sztuki bywa nieodgadniony. To coś, co – mówiąc najoględniej – zawiera się w przestrzeni pomiędzy pytaniami: skąd jestem? kim się staję? oraz co z „tym” zrobić? Lub w trybie biernym: co „to” robi ze mną? Co jest mną? – dociekał Schopenhauer. Gdzie tkwi jądro tożsamości, no i ile w tym wszystkim waży miejsce, bo ten  kontekst interesuje nas tu najżywiej. Czy miejsce to obligacja? Czy chcąc nie chcąc wszędzie zabieramy ze sobą ducha miejsca i czasu? Co jest naszą wewnętrzną busolą?

Przesiąkać więc czy przepracowywać?

Sztuka współczesna to suma światów alternatywnych, w których problem tożsamości widoczny bywa w nierównym stopniu. Dla stawania się artystą, dla zakreślania własnego konturu nie ma uniwersalnego modelu. Tożsamość miejsca, zakorzenienie to w danym przypadku poznawczo interesujący, ale nie jedyny klucz i aspekt prezentacji. I oczywiście nie jedyny dylemat twórców w ogóle.

 

Linie papilarne

Stygmat miejsca łączy się z kwestią lokalności i swoistości. Pytajmy więc dalej: czy można żyć w wielu kulturach równocześnie? Czy mocne zakorzenienie to garb czy skarb? Co oznacza być piewcą małej ojczyzny i obywatelem świata? Czym jest tu otwarcie na świat i jakiego zakresu miałoby dotyczyć?

Wartości lokalne nie przekładają się wprost na wartości uniwersalne, może więc zmiana perspektywy, zmiana skóry lub choćby jej przewietrzenie dobrze sztuce służy? Bywało często i wciąż bywa, że obcości zawdzięcza twórca więcej niż upartemu zasiedzeniu w swojskości. To jedna z możliwości ludzi wolnych: odwrócenie wektora ze środka na zewnątrz, tak, by zderzyć się z obcością, by odczuć własną „egzotyczność”. Idea zdystansowanego czy zobiektywizowanego widzenia nie musi być utopią. Fakt utraty powoduje wzmożony ruch wyobraźni. Kiedy się poruszamy, przemieszczamy, nie jesteśmy zniewoleni miejscem, w którym próbują nas umieścić okoliczności. Ruch oznacza zmianę, ruch jest higieną dla myślącej głowy. Świat, jaki by nie był, wart jest, by absorbować jego zmienne postaci i tym samym ożywiać twórczość.

Czy zatem treść małej ojczyzny może nam dziś wystarczyć? Wyrażanie rodzimości, jeśli uznać za obecne i w jakiejś mierze rozpoznawalne, przestało być zewnętrzne, emblematyczne i jest dziś czystą duchowością.

Miejsca nauczają, ale i wchłaniają wzorce, zwyczaje, upodobania. Nikt nikomu nie broni translokowania wartości, ale niektórzy twórcy wolą tworzyć własne, autonomiczne środowiska lub tworzyć sieciowe połączenia wartości bez centrum. Ale czy da się uwierzyć w możliwość znalezienia się w sytuacji oderwanej, samoistnej, w której wszelkie uwarunkowania i przynależności byłyby zawieszone? Po uwolnieniu się od zakotwiczenia jest już tylko czysta wirtualność, czyli nowa realność, która krok po kroku nas pochłania. I nowy problem: niebezpiecznie mało siebie w sobie. Czy to cena, którą przyjdzie płacić?

 

Nieostre kształty przyszłości

Tymczasem multikulturowość jest faktem. Klamka zapadła. I może jest już tak, że staliśmy się tylko częścią całości, w której zasadnicze odmienności zanikły, może rozpuściliśmy się w podobieństwach? Może staliśmy się uczestnikami jednej homogenicznej kultury gadającej jakimś metajęzykiem, co mogłoby oznaczać kryzys przynależności? Czy oznacza to moment, od którego należałoby rozpocząć odzyskiwanie utraconego?

Wolność budowania alternatywnych światów jest w erze Internetu i technologii cyfrowej właściwie nieograniczona. Czułość na dotyk nowoczesności, czy silna wola kształtowania przyszłości mogą odsentymentalizować, mogą lokować nas poza pamięcią jako tożsamościowym źródłem. Obdarzeni długą pamięcią powinni być tylko historycy i księgowi... Co nam to przypomina – czyż nie mogłaby to być deklaracja futurystów naszego czasu?

W naszych czasach systemy wartości upadają jak domki z kart. Wielu twórców podziela dziś przekonanie o trwaniu w okresie przejścia, w fazie pośredniej; coraz silniej daje się odczuć archaiczność istniejącego ładu. Coś trzeszczy i pęka, żeby mogło skleić się na nowo. I w nowej formie.

 

Barwy narodowe

Na naszych oczach zachodzi wielki proces geopolityczny, który wart jest odczytania. Co jakiś czas historia wszystkich nas stawia przed koniecznościami, ćwiczy w nieuchronnościach.

W naszej starej Europie funkcjonujemy na podstawach wspólnot politycznych wywiedzionych z epoki Oświecenia. Niewykluczone jednak, jak przewidują badacze, że państwa narodowe – bo o nich tu mowa – były tylko krótkotrwałym historycznym etapem i że nadchodzi czas luźnych federacji miast, regionów czy organizacji religijnych – podobnie do tych, które istniały w wiekach średnich. Oznaczałoby to etniczne „wymieszanie” jeszcze większe niż dziś. Współczesny świat okazuje się być zbyt skomplikowany, żeby dało się go wtłoczyć w ramy państw narodowych. Wszyscy będziemy musieli stanąć przed naszą plemiennością, jej mitami i neurozami. Unia Europejska wydaje się być zapowiedzią tych zmian. A jeszcze sto lat temu rozpowszechniona była opinia, że nie ma sztuki nienarodowej.

Piszę o tym, ze świadomością, że w dzisiejszym świecie umocowanie narodowe wcale nie wyczerpuje wszystkich kulturowych uwarunkowań.

 

Jutro jest już dzisiaj

Obecna, coraz liczniejsza imigracja do Europy może w istotny sposób zmienić obraz i funkcjonowanie naszych społeczeństw. Nie wiadomo, czy nowa sytuacja będzie wyłącznie antagonizować czy silniejsze okażą się emocje wspólnotowe.

Ale za każdym razem podobne ruchy migracyjne każą nam zastanawiać się nad statusem innego, obcego w relacji tubylec – przybysz. Jak jednak mierzyć tę obcość – czy stopniem kulturowej egzotyczności, zwykłej niechęci czy różnicą interesów? Spójrzmy w lustro: strach przed obcym jest często odbiciem wątpliwości co do trwałości naszych wartości i kultury. Może dzięki obcemu jaśniej zobaczymy zasady i wartości, które określają kulturową osobowość Europy. Obcy nie jest pomyłką, obcy może być darem. Ci „nie stąd” nie są a priori mniej interesujący od tych „stąd”.

Z trudem lub wcale nie nauczymy się być u siebie, jeśli do emigracji zmusiły nas twarde okoliczności. Niektórzy przybysze swoją obcość próbują czasem zanegować, rozpuścić się w masie, żeby całkiem na nowo składać świat. Jest w tym radykalna i jednocześnie złudna nadzieja nowego początku. To inny jeszcze aspekt sprawy.

Ile ważą dziś w sztuce barwy narodowe? Czym dokładnie będzie wspólnota nowych czasów nie wie nikt. Nikt też nie wie, co w tym świecie będą robić artyści, jak zapisywać się będą ich opowieści. Zwykle najłatwiej, najszybciej granice przesuwają się lub zanikają w głowach artystów. Nader często nasze odczucia mają charakter wyprzedzający. Eurosceptyków wśród artystów jest jak na lekarstwo. Wiadomo, godzenie sprzeczności to nasze zawodowe doświadczenie, nasz chleb codzienny. Artystów nie wyróżnia nachalne społeczne zaangażowanie, najchętniej maszerują pod własną flagą, a jeśli akceptują wspólnoty, to z rezerwą wobec wszystkiego co ponadindywidualne.

Wydaje się, że warto, by każdy z nas — zarówno twórca jak i odbiorca — zadał sobie pytanie, ile dziś waży kulturowy rodowód, czy artystyczna tożsamość jest wartością fundamentalną czy tylko dodaną, lokalnym „zaczepieniem” nie wpływającym znacząco na uniwersalistyczną moc sztuki?